Biorąc pod uwagę, że według wszystkich przepisów przygotowanie takiego masła miało być banalnie proste to postanowiłam się nie zniechęcać i dowiedzieć się co zrobiłam nie tak. Zlokalizowanie przyczyny okazało się prostsze niż myślałam, a pomógł mi w tym oczywiście napad na internet ;). Czas i sprzęt to były moje dwa błędy. Po ich wyeliminowaniu powstało masło orzechowe w końcu w pełni udane :).
500 g orzeszków ziemnych prażonych (bez soli)
1 łyżka siemienia lnianego
2 płaskie łyżki miodu
1 łyżka oliwy z oliwek
Orzechy rozdrabiamy dodajemy siemię, miód i oliwę, a następnie miksujemy do uzyskania gładkiej masy.
Początkowo użyłam blendera i w moim przypadku nie zdało to egzaminu. Po pierwsze dlatego, że pojemnik do rozdrabniania jest stosunkowo niewielki i taka ilość orzechów nie mieści się w nim na raz (w związku z tym robiłam to na raty). A po drugie samo blendowanie było dość uciążliwe. Oczywiście masło można zrobić z mniejszej ilości składników i wtedy może uda się je zrobić w blenderze, nie twierdzę że nie. Jednak upragniony efekt uzyskałam dopiero przy użyciu malaksera.
Druga sprawa to czas. Za pierwszym razem, rozdrażniona tą uciążliwością ;), miksowałam je zwyczajnie za krótko, do momentu kiedy migdały zamieniły się w masę, ale jeszcze za mało tłuszczu się z nich wydzieliło. I to był pewnie decydujący powód, dla którego moje masło nie wyszło takie jak powinno (a robiłam je tylko ze 100 g migdałów, więc do blendera zmieściły się bez problemu). W malakserze to też trochę trwa (u mnie to było jakieś kilkanaście minut z przerwami na odpoczynek dla sprzętu), ale jest o wiele bardziej wygodne i w związku z tym tak nie wkurza ;). Efekt drugiego podejścia widzicie na zdjęciu :).